niedziela, 27 kwietnia 2014

Rozmyślania nad sensem poznawania i rozpatrywania tego co i tak już zostało stworzone i zrobione.



   
 Humaniści są niepotrzebni.  Humanizm w pewnym stopniu należy rozpatrywać jako chorobę. Humaniści. Ludzie bez reszty i opamiętania pogrążeni w nauce o człowieku, czasach przeszłych, zamierzchłych. Dziejach ludzi dawno nie żyjących jak też zupełnie odległych samym badaczom artystów. Po wieloletnich studiach, spędzeniu całego swojego jakże krótkiego ludzkiego życia nad księgami i żywotami innych czekają aż ci którym nie dorównują pewnym rodzajem intelektu wynajdą sposoby coraz lepszego cofania się w czasie i dokumentowania przeszłości tylko po to aby dociec zupełnie nie istotnych szczegółów czasów zamierzchłych.  Pośród tysięcy twórców, wierszokletów, kompozytorów i wszystkich innych tylko kilku jest wartych uwagi. Tylko kilka ich dzieł spośród całego dorobku zachwyca, odbiera na chwilę dech. By tuż po tym wrócić do swego zwykłego życia coraz bardziej owładniętego geniuszem matematyków, fizyków, chemików i wszystkich innych eksploratorów naszego prawdziwego świata.

   Można się z tym nie zgodzić. Można oponować jak wielkie znaczenie maja w naszym życiu książki, historia, dzieła sztuki czy też wszystkie nauki takie jak prawo,  psychologia czy też nauki o zachowaniach ludzkich bez których przecież żaden geniusz nawet nie sprzedałby swojego wynalazku. Ile jest jednakże tych naprawdę potrzebnych humanistów a ilu tych, którzy są humanistami nie z wyboru a z przymusu. Są zbyt durni by coś odkryć, liczyć, poznawać więc beznadziejnie trwają w tym co odkryli i zrobili już inni.  




                                                                      Z pozdrowieniami,
                                                                  Beznadziejnie zatracony w literaturze humanista.

Łóżko...




-Twoje nie pachnie? Jak to? Moje pachnie i to bardzo specyficznie.  Miękkością, zmęczeniem, szamponem do włosów i snami. Moje pachnie snami, marzeniami i wszystkimi skrzętnie i delikatnie splecionymi historiami, którym dane było istnieć tylko przez kawałek jednej nocy.
Ten zapach przywodzi na myśl tylko jedno-zasnąć.  Głęboko, miękko, ciepło, bezpiecznie.  Już nic nie pamiętać, już nic nie chcieć, nic nie musieć, mieć wszystko.
Ole skleja powieki kroplą ciepłego mleka.  Zabiera w krainę bez snów i myśli. Cicha, głuchą, pluszową i ciemną - ale nie straszną. 

___________________________________________________________________________________________________

   Ot i są. Serenady do łóżka. Mówię, niedługo się pojawią hymny pochwalne do obiadu. >.< 
I tak wiem doskonale, że Ole-Lukøie nie zabierał do krainy bez snów. Wręcz przeciwnie. Ale jego postać mi tutaj niezwykle pasowała i nie mam zamiaru tego zmieniać. To taki alternatywny Ole XD 

  Pozdrawiam tych którzy dalej płaczą ze śmiechu na podłodze po przeczytaniu tego :P >.< 

Feniks z gruzów



 No więc cóż, pierwszy update tutaj ale nikt i tak nie będzie tego czytała  a jeżeli już się pojawi taki szaleniec: KOMENTARZE błagam. 

"Narzekania zmęczonej osoby" Czy też "sen o śnie" czy cokolwiek czym to jest. Pisane zdecydowanie pod natchnieniem i to wielu różnych czynników, między innymi kilku bardzo dzikich filmów >.<  ENJOY:~


___________________________________________________________________________________

 Cz. 1
 
Powinnam zapisać te myśli? Ten bałagan? Litery są takie uporządkowane. Proste i w linijkach.
Zupełnie inaczej niż tu.
Pusto tu.
Tamtego dnia… Coś się rozsypało.
Rozpadło. Nie wytrzymało. Bez konkretnej przyczyny, ta i tak już zbyt nadwyrężona belka, puściła. Pękła i rozsypała się w drzazgi. To co było mną-małe, przygniecione, niewyspane, niewyprasowane i nie myślące w sennym transie. Przepadło. Stało na cienkim rozklekotanym rusztowaniu, ale stało. Teraz to wszystko upadło. Załamało się, skruszyło, jest już tylko sterta niepotrzebnych kawałków i masą problemów. Umarłam. A dalej żyję. Nikt nie pozwolił mi umrzeć. Nie zauważył ani nie zaakceptował upadku niewyprasowanych, za dużych rzeczy pod którymi był tylko adresat wymagań. Pozostała jednak muszelka. Wygląda identycznie jak zawartość.  Ta wcześniejsza. Dalej stoi w korytarzu, dalej ma plan dnia tego i kolejnych. Wchodzi do łazienki, myje ręce, suszy je, poprawia włosy. Spogląda w lustro a niema tam nic prócz odbicia tego co wszyscy widzą. A za tym nie ma już nic. Była-rozpaczliwie walcząca, przygniatana, miotająca się w sennej, czarnej i o dziwo cieplej mgle.  Ale przegrała. Przegrała z mgłą, z wymaganiami, oczekiwaniami, obowiązkami, pretensjami, problemami cudzymi, wspólnymi i swoimi. Z samą sobą, ze swoim mózgiem, z zimnem samotności w tłumie. Upadła na chwiejne rusztowanie, nadgryzione przez przeszłość, zbyt cienkie by to wszystko utrzymać, postawione na nierównych kamieniach wartkiego potoku. I ono również upadło. Wszystko zawaliło się, wymieszało stało bałaganem, gruzowiskiem.
Nawet komnaty myśli padły. Regały leżą na sobie w stertach myśli i nic już nie działa. A jednak. A jednak skorupka dalej chodzi, żyje. Niesie w sobie ten bałagan. Wychodzi z łazienki, mija znajomą. Uśmiecha się do niej ale to tylko twarz się marszczy. Za nią nie ma już nic. Wieje czarna otchłań pustej czaszki, dziura szyi, coś z klatki piersiowej zbyt nieopisane by nazwać to czymś. Dalej jest już tylko miękka, ciepła, czarna otchłań. Słychać grzechot i dzwoneczki. To dźwięk gruzowiska rozsypanego gdzieś w otchłani muszli. Pustej lalki, która idzie, je, śmieje się i żartuje tak jak zapamiętała. Może w niektórych momentach wygląda nawet lepiej niż prawdziwa. Kryształowe myśli podzwaniając spadają ze szczytu sterty, głucho odbijają się od belki drzazgowatego drewna. Wpadają w mokrą plamę gęste, lepkiej i bardzo ciepłej krwi. Wielkie śmietnisko, które mieli się w otchłaniach dawnych i nieznanych trzewiach czegoś co od dzisiaj będzie udawało, że jest tą  samą osobą, że dąży do poprawy. Że jeszcze w ogóle istnieje. 

Cz. 2



* * *
Ratować tamte śmieci? Składać nieskładalne puzzle? Przecież jest lalka. Dalej żyje, pamięta ma WSZYSTKIE TE SAME PROBLEMY co tamta. Z czasem bałagan się wchłonie, czarna mgła powróci przed uszy, oczy, do środka. Miękka, ciepła, pachnąca łóżkiem i sennością. Stanie się tą samą zniszczoną osobą co poprzednio. Ale czy kolejna lalka da rade powstać? Czy upadek tej nie będzie ostateczny? Pewnie da. I jeszcze kilka kolejnych. Ale w końcu braknie materiału na nowa kopię a pokłady starych zniszczą ją od wewnątrz, ściągną na dno ostateczne. Ile to potrwa? Rok? 2? Dłużej. Ale w końcu się rozpadnie ostatecznie. A wtedy Ci nieliczni zainteresowani zapytają:
Dlaczego?! Jak to?! Przecież już się jej udało. Zaczęło powodzić. Była taka szczęśliwa. Osiągnęła swój cel. Dlaczego tak nagle?! Nikt tego nie widział?!




 Cz. 3

  

* * *

  Wieczorne powietrze było takie ciepłe. Nawet tu, na szczycie wieżowca owiewało lekką, ciepła bryzą niosącą ukryte pasma żaru dnia. Było tak przyjemnie. Nareszcie wolna. Swoja.

Roztaczał się stąd piękny widok na metropolię. Migoczącą tysiącami ciepłych żółtych świateł samochodów, budynków, ulic, reklam.  Czerwonych lampek startujących i przylatujących samolotów. Tysiącami żyć.

Trzy tabletki i kubek gorącej herbaty i czekolady. Idealnie. Budynek był mój. Nikt nie przeszkodzi. Mam już wszystko. I zupełnie nic.
Wypiwszy herbatę i kapsułki, zawijam się w koc, biorę gorącą czekoladę, siadam na łóżku patrząc na miasto. Za 15 minut zaczną działać. Ochrona będzie tu miała obchód dopiero za 3,5 godziny. Zdecydowanie za późno. Jest 1.30AM
Popijam czekoladę. Spełniłam oczekiwania. Wszystkich innych a przede wszystkim swoje. Kiedy nad Seulem wstanie świt, mnie już nie będzie.

Dobranoc.
Nareszcie.





____________________________________________________________________________________

 Jestem świadoma bardzo dziwnych przeskoków narracyjnych jak też ogólnie nie zrozumiałej i nudnej formy tego oto cuda. Zabieg pierwszy był celowy. Powiedzmy. Drugi już zupełnie nie. :P  Ale cóż jednak je wstawię. A co tam i tak tu nikt nie zajrzy. 

Jeżeli jakiś szaleniec przeczytał do końca bardzo dziękuję i proszę o KOMENTARZ przede wszystkim ^^