No więc cóż, pierwszy update tutaj ale nikt i tak nie będzie tego czytała a jeżeli już się pojawi taki szaleniec: KOMENTARZE błagam.
"Narzekania zmęczonej osoby" Czy też "sen o śnie" czy cokolwiek czym to jest. Pisane zdecydowanie pod natchnieniem i to wielu różnych czynników, między innymi kilku bardzo dzikich filmów >.< ENJOY:~
___________________________________________________________________________________
Cz. 1
Powinnam zapisać te myśli? Ten
bałagan? Litery są takie uporządkowane. Proste i w linijkach.
Zupełnie inaczej niż tu.
Pusto tu.
Tamtego dnia… Coś się rozsypało.
Rozpadło. Nie wytrzymało. Bez
konkretnej przyczyny, ta i tak już zbyt nadwyrężona belka, puściła. Pękła i
rozsypała się w drzazgi. To co było mną-małe, przygniecione, niewyspane,
niewyprasowane i nie myślące w sennym transie. Przepadło. Stało na cienkim rozklekotanym
rusztowaniu, ale stało. Teraz to wszystko upadło. Załamało się, skruszyło, jest
już tylko sterta niepotrzebnych kawałków i masą problemów. Umarłam. A dalej
żyję. Nikt nie pozwolił mi umrzeć. Nie zauważył ani nie zaakceptował upadku
niewyprasowanych, za dużych rzeczy pod którymi był tylko adresat wymagań.
Pozostała jednak muszelka. Wygląda identycznie jak zawartość. Ta wcześniejsza. Dalej stoi w korytarzu,
dalej ma plan dnia tego i kolejnych. Wchodzi do łazienki, myje ręce, suszy je,
poprawia włosy. Spogląda w lustro a niema tam nic prócz odbicia tego co wszyscy
widzą. A za tym nie ma już nic. Była-rozpaczliwie walcząca, przygniatana,
miotająca się w sennej, czarnej i o dziwo cieplej mgle. Ale przegrała. Przegrała z mgłą, z
wymaganiami, oczekiwaniami, obowiązkami, pretensjami, problemami cudzymi,
wspólnymi i swoimi. Z samą sobą, ze swoim mózgiem, z zimnem samotności w tłumie.
Upadła na chwiejne rusztowanie, nadgryzione przez przeszłość, zbyt cienkie by
to wszystko utrzymać, postawione na nierównych kamieniach wartkiego potoku. I
ono również upadło. Wszystko zawaliło się, wymieszało stało bałaganem,
gruzowiskiem.
Nawet komnaty myśli padły. Regały
leżą na sobie w stertach myśli i nic już nie działa. A jednak. A jednak
skorupka dalej chodzi, żyje. Niesie w sobie ten bałagan. Wychodzi z łazienki,
mija znajomą. Uśmiecha się do niej ale to tylko twarz się marszczy. Za nią nie
ma już nic. Wieje czarna otchłań pustej czaszki, dziura szyi, coś z klatki
piersiowej zbyt nieopisane by nazwać to czymś. Dalej jest już tylko miękka,
ciepła, czarna otchłań. Słychać grzechot i dzwoneczki. To dźwięk gruzowiska
rozsypanego gdzieś w otchłani muszli. Pustej lalki, która idzie, je, śmieje się
i żartuje tak jak zapamiętała. Może w niektórych momentach wygląda nawet lepiej
niż prawdziwa. Kryształowe myśli podzwaniając spadają ze szczytu sterty, głucho
odbijają się od belki drzazgowatego drewna. Wpadają w mokrą plamę gęste,
lepkiej i bardzo ciepłej krwi. Wielkie śmietnisko, które mieli się w
otchłaniach dawnych i nieznanych trzewiach czegoś co od dzisiaj będzie udawało,
że jest tą samą osobą, że dąży do poprawy.
Że jeszcze w ogóle istnieje.
Cz. 2
* * *
Ratować
tamte śmieci? Składać nieskładalne puzzle? Przecież jest lalka. Dalej żyje,
pamięta ma WSZYSTKIE TE SAME PROBLEMY co tamta. Z czasem bałagan się wchłonie,
czarna mgła powróci przed uszy, oczy, do środka. Miękka, ciepła, pachnąca
łóżkiem i sennością. Stanie się tą samą zniszczoną osobą co poprzednio. Ale czy
kolejna lalka da rade powstać? Czy upadek tej nie będzie ostateczny? Pewnie da.
I jeszcze kilka kolejnych. Ale w końcu braknie materiału na nowa kopię a
pokłady starych zniszczą ją od wewnątrz, ściągną na dno ostateczne. Ile to
potrwa? Rok? 2? Dłużej. Ale w końcu się rozpadnie ostatecznie. A wtedy Ci
nieliczni zainteresowani zapytają:
Dlaczego?! Jak
to?! Przecież już się jej udało. Zaczęło powodzić. Była taka szczęśliwa.
Osiągnęła swój cel. Dlaczego tak nagle?! Nikt tego nie widział?!
Cz. 3
* * *
Wieczorne powietrze było takie ciepłe. Nawet tu, na szczycie wieżowca owiewało
lekką, ciepła bryzą niosącą ukryte pasma żaru dnia. Było tak przyjemnie.
Nareszcie wolna. Swoja.
Roztaczał się stąd
piękny widok na metropolię. Migoczącą tysiącami ciepłych żółtych świateł
samochodów, budynków, ulic, reklam. Czerwonych
lampek startujących i przylatujących samolotów. Tysiącami żyć.
Trzy tabletki i kubek
gorącej herbaty i czekolady. Idealnie. Budynek był mój. Nikt nie przeszkodzi.
Mam już wszystko. I zupełnie nic.
Wypiwszy herbatę i kapsułki,
zawijam się w koc, biorę gorącą czekoladę, siadam na łóżku patrząc na miasto.
Za 15 minut zaczną działać. Ochrona będzie tu miała obchód dopiero za 3,5
godziny. Zdecydowanie za późno. Jest 1.30AM
Popijam czekoladę.
Spełniłam oczekiwania. Wszystkich innych a przede wszystkim swoje. Kiedy nad
Seulem wstanie świt, mnie już nie będzie.
Dobranoc.
Nareszcie.
____________________________________________________________________________________
Jestem świadoma bardzo dziwnych przeskoków narracyjnych jak też ogólnie nie zrozumiałej i nudnej formy tego oto cuda. Zabieg pierwszy był celowy. Powiedzmy. Drugi już zupełnie nie. :P Ale cóż jednak je wstawię. A co tam i tak tu nikt nie zajrzy.
Jeżeli jakiś szaleniec przeczytał do końca bardzo dziękuję i proszę o KOMENTARZ przede wszystkim ^^